Przeczytaj fragment

Fragmenty „Peruwiańska żona została zdradzona”

Darmowy fragment książki dostępny na sronie wydawcy: http://www.annapurna-info.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=511:peruwiaska-ona-zostaa-zdradzona-&catid=107:literatura-obyczajowa-biografie&Itemid=154

Fragmenty „Jak zostałam peruwiańską żoną”

„Siedziałam na murku z moim bębenkiem, odliczałam w myślach mój rytm „Jeden… Jeden… Jeden…” i waliłam ręką w instrument. Potem trochę się wyluzowałam i stwierdziłam, że co mi tam, spróbuję tak jak oni, po prostu wczuć się w muzykę i grać. Co jakiś czas ktoś litował się nade mną i zabierał mi instrument pod pretekstem, że też chce trochę pograć. Szczupła, energiczna Kolumbijka o kasztanowych włosach śpiewała coś i grała jakby specjalnie dla Damiano. Zaglądała mu głęboko w oczy, niebezpiecznie przybliżając swoją twarz do jego, jakby chciała go pocałować. Tego było już za wiele. Nie wytrzymałam i poszłam na spacer. Gdy po dłuższej chwili wróciłam, Damiano okazał swą złość. Powiedział, że gdy sobie poszłam, całował się z Kolumbijką. Dopiero potem wyjaśnił, że tylko żartował. Wiadomo – romantyczna próba rozbawienia partnerki. Chciał mnie ukarać za to, że się oddaliłam.

– Wiesz, co ona śpiewała? Zrozumiałaś cokolwiek? – zapytał, kiedy wróciliśmy do domu – Śpiewała: „Spójrz na nią, ona nawet nie umie grać na bębenkach. Wasze serca się nie spotykają, ona nie jest dla ciebie. To nie jest miłość, wszyscy to widzą. Zobacz, jak ona nie czuje muzyki. Co to w ogóle jest?”

Pewnego dnia Damiano pokazał mi zdjęcie swojej byłej dziewczyny. Na odwrocie fotografii była czuła dedykacja.

– Widzi pani, jak on mnie źle traktuje? – zapytałam pół żartem pół serio naszej gospodyni. – Specjalnie chce wzbudzić we mnie zazdrość.

– Chyba żartujesz! On cię tak dobrze traktuje. Mój mąż wciąż całuje się z innymi kobietami, a ja nie mogę mu robić żadnych wymówek. Tacy są mężczyźni, to normalne. Będziesz miała szczęście, jeżeli cię nie zostawi – podsumowała.

Każdej odpowiedzi mogłabym się spodziewać, tylko nie takiej. Gdybym usłyszała te słowa od mężczyzny, to jeszcze mogłabym zrozumieć. Pewnie fajnie jest mieć żonę i móc robić co się chce z innymi babami, ale żeby kobieta sama orędowała za własnym nieszczęściem? Wtedy po raz pierwszy uświadomiłam sobie, jak wielka jest przepaść kulturowa między światem, z którego przyjechałam, a tym, gdzie aktualnie przebywam. Ale i to nie było dla mnie wystarczającym ostrzeżeniem.”

„Czując się nieco osaczona przez Brazylijczyka, który coraz częściej miewał na mnie zakusy, wytrwale poszukiwałam sama drogi do społeczności Indian. W końcu pewien chłopak zgodził się zabrać mnie do swojego domu w puszczy. Popłynęliśmy jego łódką. Po raz kolejny nie mogłam się nadziwić, skąd tubylcy wiedzą, gdzie są wystające korzenie i mielizny. Jak pamiętają, w którą stronę skręcić, kiedy rzeka co chwilę się rozwidlała, skoro przez całą drogę wszystko wyglądało dokładnie tak samo? Wszędzie tylko rzeka i jednakowe, zielone kępy.

Łódka zatrzymała się w pięknym miejscu. Na brzegu przywitały nas zaciekawione dzieci. Nad naszymi głowami tańczyły barwne motyle różnej wielkości. Miałam spać w drewnianej chacie, w której mieszkała rodzina chłopaka – jego żona, dzieci i teściowa. W salonie-kuchni bez ścian rozwiesiłam obok innych hamaków też i swój, by w nim relaksować się za dnia. Na podłodze pląsały zielone, rozćwierkane papużki. W ogóle nie bały się ludzi. Dom stał na obrzeżach wsi. W zasięgu wzroku nie było widać chat sąsiadów.

Wybrałam się na zwiedzanie okolicy. Wkrótce wyglądałam już nie jak turysta, a jak przewodnik grupy Indian, którzy zewsząd zaczęli do mnie dołączać. I tak sporą watahą, na której czele stałam ja, dotarliśmy do centrum wsi.

Być może to właśnie rozjuszyło wodza. Poczuł, że jego władza jest zagrożona, skoro jego współplemieńcy tak chętnie i licznie za mną podążają.

– Wódz cię wzywa! Chce z tobą rozmawiać – doniósł mi po hiszpańsku jakiś Indianin.

Wódz! Prawdziwy indiański wódz! Podekscytowana, podreptałam w kierunku wiaty, pod którą siedziała grupka poważnych obywateli społeczności. Moja wierna armia kroczyła za mną. Wódz, zamiast mnie godnie przywitać, krzyczał coś do mnie w nieznanym mi indiańskim języku. Dlaczego nie ma pióropusza?! – krzyczało zaś w mojej głowie rozczarowanie.

– Mówi, że powinnaś najpierw poprosić go o zgodę na pobyt w wiosce – przetłumaczył mi ktoś na hiszpański. Dopiero wtedy do mnie dotarło, że wódz jest zły. – Możesz zostać, ale musisz zapłacić sto dolarów za każdy dzień pobytu – zadecydował wódz.

– Nie mam stu dolarów – odpowiedziałam zgodnie z prawdą.

– Jak to nie masz?! Gdy przyjeżdżają tu turyści, to najpierw pytają mnie o zgodę na pobyt, a potem płacą – z wrogości spojrzenia, jakim mnie obdarzał, odniosłam wrażenie, że wódz niekoniecznie lubi białych ludzi.

– To ile możesz zapłacić za każdy dzień pobytu? – zapytał w końcu oschle.

– Nic – odrzekłam znowu zgodnie z prawdą. – Nie mam żadnych pieniędzy. Trudno, w takim razie opuszczę twój teren – zdecydowałam.

Na twarzy wodza odmalowało się zdziwienie. Pewnie pierwszy raz widział turystkę, która po przebyciu tylu kilometrów wycofała się ze swojej przygody i zrezygnowała ze zwiedzania amazońskiej wioski z powodów finansowych.

Jeśli ja rozczarowałam wodza swoim brakiem szacunku, mało wojowniczą postawą i bankructwem, to powinien był wiedzieć, że mnie zarówno on, jak i jego indiańska wioska też rozczarowali. I to poważnie. Po pierwsze: nie widziałam żadnych namiotów ani szałasów, tylko regularne domki z cegieł. Przynajmniej w centrum. Po drugie: Indianie chodzili ubrani po europejsku, a zachowaniem swym nie różnili się zupełnie od mieszkańców miast. Co więcej, wyjaśnili mi, że od wieków nie żyje tu żaden szaman. A ja przecież planowałam właśnie poznać ukryte rytuały rdzennych Indian! Jedyne, co zostało wodzowi z indiańskości, to jego bełkot w niezrozumiałym dla mnie języku. Na pewno zresztą posługiwał się nim tylko po to, żeby jeszcze trudniej było się z nim dogadać.

Chciałam jak najszybciej się wycofać, aby nie prowokować wściekłego wodza. Co prawda nie miał pióropusza (dlaczego go nie ma!? Co on sobie myśli?), ale nigdy nie wiadomo. Nie chciałam płacić za urazę, jaką Indianie żywili do białych od czasów konkwisty. W pamięci miałam słowa Paoli „Indianin zawsze zabije białego”. One to, w zestawieniu ze świadomością, że oto obraziłam wodza jeszcze zanim go zobaczyłam na oczy, kazały mi mieć się na baczności.

Po południu nikt ze społeczności nie wybierał się niestety do miasta. Nie miałam czym wrócić, zatem byłam zmuszona ryzykować życie aż do rana. Całe szczęście dom, w którym gościłam, znajdował się na skraju wioski.

Nie oddalając się zbytnio, zagłębiłam się nieco między bujną roślinność. Wreszcie było tak, jak oczekiwałam po przeczytaniu książek o podróżach po amazońskiej głuszy. Mimo że słońce stało jeszcze wysoko, pod gęstym dachem liści panował półmrok. Było duszno, a nachodząca na siebie roślinność prześcigała się w różnorodności form, walcząc o każdy skrawek wolnej przestrzeni, światła i powietrza.

Nagle pośród tajemniczej głuszy zjawił się młodziak, który mnie tu przywiózł.

– Masz chłopaka? – banalnym i niestosownym pytaniem zniweczył cały urok tej magicznej chwili.

– Mam – odpowiedziałam dosadnym tonem. Nic to jednak nie dało. Przybliżył się do mnie gotowy na wszystko. – Powiem wszystko twojej żonie i twojej teściowej! – krzyknęłam, kiedy złapał mnie za rękę. Widać groźba była trafiona, bo mnie puścił.

– Nie rozumiem, dlaczego mnie nie chcesz? – zapytał rozżalony.

– Przecież już mówiłam. Mam chłopaka!

Wróciliśmy w okolice domu. Kobiety z jego rodziny w ogromnym, wklęsłym naczyniu prażyły jukę. Jak gdyby nigdy nic usiedliśmy koło nich, a ja konwersowałam z jego żoną i teściową.

Noc spędziłam na przygotowanym dla mnie materacu pod moskitierą. Tak wściekłego bzyczenia owadów nie słyszałam jeszcze nigdy. Co chwila zrywałam się, by sprawdzić, czy coś nie wlazło mi pod siatkę. Znad rzeki dochodził znany mi już z Ekwadoru ryk żab.

O świcie do miasta podrzucił mnie ten sam chłopak. Przez całą drogę nie rozmawialiśmy ze sobą, próbując zapomnieć o niezręcznym incydencie w lesie.

Nie chciałam wracać do mojego dotychczasowego gospodarza. Jakimś cudem udało mi się tego uniknąć. Poznałam policjanta, który obiecał mi pomóc w odwiedzeniu innej społeczności indiańskiej. Spędziłam noc w jego pokoju w hotelu dla policjantów. Nic dziwnego, że przy śniadaniu wszyscy znajomi traktowali mnie jak jego dziewczynę.

Wioska, do której dzięki policjantowi dotarłam następnego dnia, była całkiem spora i, niestety, także składała się ze zbudowanych z cegły normalnych domów. Duża szkoła i telewizory w każdej chacie do reszty pozbawiły mnie złudzeń co do egzotyczno-mistycznej przygody w samym sercu dżungli.

Pouczona doświadczeniem, w pierwszej kolejności udałam się do domu wodza, by prosić go o pozwolenie na pobyt. Przynajmniej ten okazał się uprzejmy i bezkonfliktowy. Nie tylko zgodził się na mój pobyt bez żadnych opłat, ale od razu zaproponował, że mogę mieszkać u niego w domu. W dodatku mówił po hiszpańsku. Uradowana rozwiesiłam swój hamak w salonie, tuż koło niemiłego moim oczom telewizora.

– Masz ochotę na spacer po dżungli? – zapytał któregoś dnia wódz.

– No jasne! – ucieszyłam się. Tylko na to czekałam! Do tej pory zdążyłam już wybrać się na kilka samotnych przechadzek po okolicach. Wędrowałam jednak wyłącznie utartymi ścieżkami, które znałam na pamięć. Ścieżki te, biegnąc pośród drzew o nieznanych mi egzotycznych owocach, prowadziły do indiańskich poletek uprawnych. Rosły tam głównie ananasy. Po drodze mijałam wiaty, pod którymi znajdowały się ogromne naczynia do prażenia juki.

Kiedy podczas pierwszej takiej wycieczki stanęłam na skraju tego typu polanki, nagle poczułam się zupełnie sama, ze wszech stron otoczona majestatyczną puszczą. Miałam już dość wiecznego poczucia zagubienia, które tutaj, pośród licznych krętych ścieżek prowadzących w nieznane oraz lian splątanych na kształt istnych węzłów gordyjskich, ogarnęło mnie z całym impetem. Znowu pojawiło się pytanie: co ja tu właściwie robię? Po co tu przyjechałam? I czy uda mi się to znaleźć, skoro nawet nie wiem, czego szukam? Bezsilna wobec własnego zagmatwania powiedziałam na głos:

– Wielki świecie, zależy mi na sobie. Nie chcę się zgubić.

I choć nie wiem, do kogo właściwie się zwracałam, ani nawet w jakim celu, z oczu zaczęły mi płynąć łzy.

Czasem wybierałam się do innej wioski, aby zażyć orzeźwiającej kąpieli na plaży. Przy ścieżce często widywałam pijanych młodzieńców, leżących w trawie. Wódz wyjawił mi, że tutejsza ludność boryka się z dużym problemem alkoholowym wśród młodzieży.

Dopiero podczas spaceru z moim gospodarzem poczułam się jak na prawdziwym survivalu. Nie widziałam żadnej ścieżki, choć on zdawał się iść po świetnie sobie znanym i świadomie obranym szlaku. Drogę przez gęsto rosnące chaszcze torował maczetą. Nią też odkreślał coś na mijanych po drodze drzewach. Twierdził, że dostrzegł ślad jakiegoś zwierzęcia i oznacza sobie drogę, aby je potem znaleźć i upolować. Po dłuższej chwili byłam cała zlana potem, brakowało mi oddechu. Od czasu do czasu wódz pozwalał mi się napić wody ze strumyka. Dużo częściej jednak zdarzało mi się wpadać w jakąś wodę, która podstępnie ukrywała się przed moim wzrokiem. Albo zapaść po udo w spróchniały pień, po którym chciałam przejść.

– Chcesz iść dalej czy wolisz wracać? – zapytał w końcu wódz, patrząc jak dyszę i ociekam wodą oraz potem.

– Eee… właściwie to możemy wracać… Ja eee… nie chcę wodzowi zabierać więcej cennego czasu – odpowiedziałam wspaniałomyślnie.

Pewnej nocy wódz wraz z rodziną poszedł do kościoła. Zostałam w chacie zupełnie sama. Nagle usłyszałam pukanie. Jacyś ludzie przyszli do wodza z ważną sprawą. Wyjaśniłam im, że wyszedł, ale koniecznie chcieli poczekać w środku.

– Co się stało? – zapytałam mężczyznę, który trochę mówił po hiszpańsku.

– Zabili im syna – odrzekł, wskazując na obecnych mężczyznę i kobietę. Myślałam, że się przesłyszałam.

– Co zrobili?

– Zabili.

– Jak to zabili? – byłam prawie pewna, że po prostu źle rozumiem. Szczególnie że pomimo poważnej i zatroskanej atmosfery nie widziałam, aby ktoś z zebranych płakał czy miał ataki paniki z powodu strasznej tragedii. Chyba że to tutaj normalka?

– Wczoraj ci ludzie przyszli, bo ktoś został zabity! – nie wytrzymałam i już z samego rana wypaliłam do wodza.

– Co mówisz? Zabity? Jaki zabity? Gdzie? – udawał, że nie wie, o czym mówię. Poczułam, że z jakiegoś powodu dalsze wypytywanie nie wchodzi w grę. Postanowiłam tak jak wódz udawać, że nic nie usłyszałam. Zresztą może naprawdę coś mi się pomyliło, w końcu nie widziałam u tych ludzi emocji zwykle występujących w obliczu nagłej, nienaturalnej śmierci bliskiej osoby. Ale dlaczego w takim razie wódz nie wyjaśnił mi, o co właściwie chodziło, tylko udał głupka i twardym spojrzeniem nakazał mi milczenie? Dziwne obyczaje. Niby cywilizacja pełną parą, telewizor, szkoły, kościoły, a nikomu nie przyszło do głowy zadzwonić na policję?

W ogóle wszystko odbyło się w tajemnicy. Nie zbiegli się ludzie, nie było żadnego skandalu. O co tu chodziło? Może wódz nie chciał siać paniki wśród mieszkańców, a może wolał, by policja nie ingerowała w wewnętrzne sprawy społeczności? (…)”

„Po dotarciu do Leticii nie było mnie stać nawet na jeden nocleg w hotelu. Znalezienie pracy lub zahaczenie się na jakimś wolontariacie było jedyną możliwą opcją. Jak na złość właśnie teraz, gdy naprawdę mnie przycisnęło, nie było to takie łatwe.

– A co umiesz robić? – zapytała właścicielka czystego ładnego hostelu, do którego weszłam.

– Eeee… no mogę sprzątać, pomagać…

– Kiedyś zatrudnialiśmy wolontariuszy, lecz teraz już nie potrzebujemy. Sami z mężem wędrowaliśmy swego czasu z plecakami, tak jak ty, i pracowaliśmy jako wolontariusze, lecz potem nasze potrzeby się zmieniły. Już chcemy mieć pieniądze, prowadzimy więc ten hostel. Teraz też czasem podróżujemy, ale już nie w taki sposób – powiedziała, zmierzywszy mnie od stóp do głów.

– Umiesz może malować? – zapytała.

– O, właśnie zapomniałam powiedzieć, że trochę maluję! To znaczy kopiuję, ee… to znaczy, bo uczę się malować. Przez kopiowanie! Chce pani zobaczyć moje obrazki? – wyciągnęłam teczkę z pracami wykonanymi pod okiem Artiego i malowanymi przez niego modelami dla mnie, które miałam naśladować – o proszę zobaczyć, tutaj jest oryginał, a tutaj jak ja to namalowałam.

– Bo chciałabym, żeby ktoś namalował tutaj na ścianie w tej dużej sypialni jakiś kwiat, taki duży… – zastanawiała się na głos właścicielka.

– O tu, proszę zobaczyć, też namalowałam kwiatki w wazonie! Na ścianie jeszcze nie malowałam, na razie tylko takie miniaturki, ale mogę spróbować.

– Nie, wiesz, może lepiej nie – widocznie moje prace i raczkujące doświadczenie nie przekonały ją do podjęcia ryzyka.

– A umiesz podlewać kwiatki?

– No jasne!

– Ale kwiatki można podlewać tylko wtedy, gdy ma się dobry humor. Wtedy dobrze rosną. Ja nie żartuję, to prawda! – wyjawiła moja rozmówczyni.

– Okej, rozumiem!

– Wiesz co? Po prostu prześpij się tu jedną noc za darmo. A rano poszukaj sobie innego miejsca – zaoferowała nagle ni z tego ni z owego. Cóż, widocznie nie wyglądałam na osobę wystarczająco szczęśliwą, której można powierzyć odpowiedzialne zadanie pełnej radości opieki nad roślinami.

Moja gospodyni była dosyć młodą, ładną kobietą. Niby sympatyczna i pomocna, miała jednak specyficzne poczucie humoru.

– Nasz syn przygotowywał ostatnio skecze na szkolny spektakl. Takie przedstawienie pod hasłem „świat na opak”. I razem z kolegami przygotowali skecz o gringos. Że przyjechali tutaj i że poszli na dyskotekę, a tubylcy mówili o nich: „Spójrz, jak oni pięknie tańczą! Jakie mają płynne skoordynowane ruchy, a jakie wyczucie rytmu! Nie to co my, takie ruchy bez ładu i składu” – nie mogła dokończyć opowieści, owładnięta atakiem nieopanowanego głośnego śmiechu.

Taka niby miła, a żarty rasistowskie – pomyślałam z niesmakiem, przypominając sobie, że Damiano był zdegustowany moim brakiem poczucia rytmu i tym, jak tańczę na dyskotekach. I że rzucił mnie, bo nie potrafiłam nauczyć się salsy. Może drwina kobiety miała coś wspólnego z odwetem tutejszej ludności za czasy podbojów i zarozumiałością oraz wywyższaniem się białych turystów.

Żarty żartami, nawet jeśli są niesmaczne, ale moja sytuacja stawała się coraz mniej wesoła. Musiałam skupić wszystkie siły i myśli, aby coś wykombinować.

– Nie możesz pracować, jeśli nie masz pozwolenia. Czasem przechodzi tędy policja i jeśli zobaczy białą twarz, to możesz mieć problemy – wyjaśnił właściciel restauracji, do której weszłam w poszukiwaniu pracy.

W końcu znalazłem piękne miejsce wypoczynkowe, w którym pracowali wolontariusze. Na obszernym zielonym terenie wokół hotelu rosło mnóstwo drzew owocowych. Był tu staw, a wolontariusze spali w hamakach rozwieszonych między palmami. Ooo, to coś dla mnie. Cisza, spokój i natura – pomyślałam. Koordynator wolontariuszy, także wolontariusz, choć jakby starszy stopniem, powiedział, że właściciela obiektu nie ma na miejscu, ale zapyta go przez telefon, czy mogą przyjąć nową osobę. W międzyczasie inni pokazali mi, na czym polega praca: zbieranie owoców i robienie z nich mrożonej papki, z której później przygotowuje się soki rozcieńczane wodą, zamiatanie i takie tam. Oprócz mnie wszyscy wolontariusze byli podróżnikami z Ameryki Południowej.

Następnego dnia rano jedna z dziewczyn wręczyła mi miotłę.

– Zamiataj najwolniej jak potrafisz. Udawaj, że to tyle zajmuje czasu. Bo jak będziemy pracować za szybko, to dadzą nam więcej pracy i będą myśleli, że nie potrzeba aż tylu wolontariuszy – poleciła poważnym tonem. – Pamiętaj, to bardzo ważne!

Nie wiedziałam, czy jej intencje były szczere, czy to podpucha. Może z jakiegoś powodu nie chciała, abym została przyjęta do zespołu? Choć jej rady wydały mi się niecodzienne, zrobiłam, jak poleciła. Starałam się nie spieszyć. W tym akurat byłam dobra. Nie wiem, czy udało mi się uzyskać wymagane tempo. Możliwe, że zamiotłam zbyt szybko. Równie dobrze można było przyjąć, że dając mi takie rady, Latynoska nie spodziewała się, iż da się zamiatać aż tak wolno.

Po skończonej pracy koordynator, czyli „nadwolontariusz”, oświadczył mi, że rozmawiał z właścicielem. Niestety, nie ma już miejsca dla kolejnego pomocnika. (…)”

SAMSUNG CSC

” – Ayauhasca jest tak potężną magią, zarówno białą jak i czarną, że jest w stanie zrobić wszystko, o co uczestnik poprosi. Nawet gdyby ktoś zażyczył sobie teraz, aby ten szaman umarł, ayahuasca na pewno to zrobi.

Wytrzeszczyłam oczy ze zdumienia.

– Nie ma cienia wątpliwości – dodała, widząc moje niedowierzanie.

– Zdejmuj buty – poradziła. Dopiero teraz zauważyłam, że prawie wszyscy uczestnicy chodzą boso. – Trzeba zachować szacunek i pokorę. Wtedy o wszystko można poprosić Matkę Ziemię. (…)

Zdjęłam buty i po chwili przemyśleń poszłam w krzaki wypowiedzieć swoje życzenie. Nie bez strachu przed potężną magią ayauhasci, o której mówiła uczennica szamana.”

„Deszcz na pustyni, jak wiadomo, zdarza się bardzo rzadko. No i właśnie wtedy, gdy po raz pierwszy w życiu przyszło mi spędzić noce pod chmurką, akurat postanowił uczynić ten niecodzienny wyjątek i zaszczycił mnie swoją obecnością. Mój gospodarz ulitował się nad biedną gringą, usiłującą spać w hamaku. Chciał koniecznie zaprosić mnie do swojej izby. Tak bardzo mu zależało, mimo moich zapewnień, że na deszczu śpi mi się wspaniale, iż wzbudził podejrzenia co do czystości swoich intencji. Ostatecznie musiałam mu zagrozić, że wyjdę na ulicę i pójdę spać gdzie indziej. Dał spokój. I całe szczęście, bo nie wiem, gdzie miałabym znaleźć miejsce na nocleg i uniknąć błąkania się nocą po Adicorze w tej tak niebezpiecznej Wenezueli.”

SAMSUNG CSC
%d blogerów lubi to: